bł. Euzebiusz

Błogosławiony Euzebiusz urodził się w Ostrzyhomiu na Węgrzech, ze szlachetnych i chrześcijańskich rodziców. Od samej kolebki dawał niemałe dowody przyszłej zacności obyczajów. Uważał za rzecz niewłaściwą zaczynać swój młodociany wiek od zabaw, dowcipów i ucztowania, pamiętając o słowach proroka Jeremiasza: „Dobrze jest dla męża, gdy dźwiga jarzmo w swojej młodości" (Lm 3,27). On jednak, czy to z wrodzonej dobroci, czy na skutek mocnej natury, zachował lilię niewinności o nieskalanej bieli, pośród cierni tego świata. Takim pozostał i nadal z upływem wieku, gdy już został zaliczony w poczet kanoników metropolitalnego kościoła ostrzychomskiego. Na tym stanowisku o tyle był gorliwszy w praktyce umartwienia, w oszczędności słów, w pokorze i pełnieniu miłosierdzia, im bardziej okazywał się daleki od życia świeckiego i rzetelny w praktykach pobożnych, właściwych stanowi duchownemu. Oprócz ustawicznego oddawania się modlitwie i medytacjom, starał się przez codzienną Ofiarę Mszy Św. uzyskiwać łaskę Boga, dla którego chwały i upodobania oddawał całkowicie siebie samego oraz wszystkie sprawy. Względem ubogich Chrystusowych taką stale okazywał hojność, że zdawał się mieć z nimi wspólnotę majątku. Był przekonany, że większe jest szczęście tego, co daje, niż tego co otrzymuje. To było powodem, że do Euzebiusza często przybywali z puszczy eremici. Przyjmował ich uprzejmie w swym domu i bardzo łaskawie z nimi rozmawiał. Nie mogło serce Euzebiusza nic doznać poruszenia i pociągu wobec tego, co słyszał. Cały zapalony pragnieniem tego rodzaju życia, po wielokrotnych przemyśleniach w skupieniu ducha, zamierzał się poddać pod Chrystusowe jarzmo. Toteż, gdy minęła tatarska nawałnica, rozbudził na nowo dawne pragnienie. Arcybiskup (Ostrzyhomia) uczynił zadość prośbie męża, którego świętość już dawniej dobrze poznał. Tak więc Euzebiusz, rozdawszy cały swój majątek biednym, odszedł z kilkoma towarzyszami na samotność góry Pilis, niedaleko Szanto, w pobliżu potrójnej groty zamieszkałej niegdyś przez innych pustelników. Zdarzyło się więc, że gdy pewnego razu Euzebiusz modlił się w porze nocnej, ukazały się płomyki ognia, które rozbiegały się po puszczy „jak iskry po ściernisku" (por. Mądr 3,7). Ujrzawszy to, zdumiony niezwykłością zjawiska, zastanawiał się Błogosławiony wśród niepewności i wahań, co by też zapowiadały te unoszące się pojedynczo, płonące samoistnie pochodnie? Ale oto płomyki owe schodzą się w jedno ognisko i swym spotęgowanym światłem rozpraszają ciemności nocy i eremu. Pośród nocy zabłysnął jakby dzień jaśniejszy nad samo południe. Im bardziej Euzebiusz zdumiewa się rzadkością faktu, tym żarliwiej błaga Boga, aby odsłonił i ujawnił mu tę tajemnicę. Młody Euzebiusz został wysłuchany dzięki łaskawości nieba.

Dał się bowiem słyszeć głos z góry, że owe płonące pochodnie oznaczają rozproszonych wśród puszczy pustelników, żyjących oddzielnie w samotności eremu. Przyniosą oni na przyszłość większe owoce duchowe, jeżeli zrezygnują z życia samotnego, gromadząc się w jedna społeczność klasztorną. Pod wpływem tego głosu z góry zabrał ze sobą Euzebiusz sześciu swoich towarzyszy, wzniósł na górze Pilis skromny kościółek pod wezwaniem Świętego Krzyża, tuż obok wspomnianej potrójnej groty. Miało to miejsce około roku 1250. Do tego kościółka dołączył niewielki klasztor. Czcigodny mąż Euzebiusz pełniąc wśród swoich współbraci urząd przełożonego, świecił wszystkim zbawiennym przykładem, niby „lampa umieszczona na świeczniku". Był zarazem pod każdym względem „żywym wzorem dla stada", jak się wyraża Apostoł (IP 5,3). Był przykładem pobożności, pomny na przestrogę Ewangelii: „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki"(Mt 5,16).

Przepowiadając bliskie już złożenie do grobu swego śmiertelnego ciała, oddalił się na samotność do (klasztoru) Świętego Krzyża. Byl bowiem doskonale świadom tego, że w wędrówce do ojczyzny niebieskiej nic inna powinien kroczyć drogą, jak tylko królewską drogą krzyża, zgodnie z nauką świętych Ojców. Kiedy choroba stawała się coraz groźniejsza, zaraz przygotowuje się do ostatniego czynu życia, prosząc ze łzami o przebaczenie ludzkich błędów i zostaje umocniony sakramentami. Następnie przywołuje do siebie zakonników, niby drugi Jakub Patriarcha, udzielając swym synom błogosławieństwa. Zachęca ich ostatnim ojcowskim słowem do kontynuacji rozpoczętej drogi powołania zakonnego, do ćwiczeń pobożnych i do wypełniania ślubów. Wymawiając imiona Jezusa i Maryi, z całkowitą przytomnością zmysłów, z miłym wyrazem oblicza, z oczyma skierowanymi ku niebu, oddał niewinna duszę Bogu, „dla którego wszystko żyje'' (Łk 20,38). Gdy okrutny los dopełni! się żałobnym widokiem, popłynęły jęki bólu i łkania braci, a uczucia miłości, jaką płonęli do Ojca, znalazło ujście w rzęsistych łzach. Z tą jednak pociechą, że będzie on dla nich orędownikiem przed Bogiem w niebie, tak jak byl dla nich odnowicielem i mistrzem w życiu duchowym na ziemi.

z: Fragmen Panis et Reliquiae Annalium Fratrum Eremitarum Sancti Pauli Primi Eremitae, Viennae 1663. Tłumaczył z języka łacińskiego o. Paweł Kosiak.

Zobacz także artykuł: Korzeń i początek

Więcej na www.powolania.paulini.pl